
Rok 1994 przyniósł nam – graczom – podarunek w postaci humorystycznej gry turowej z robakami w roli głównej. Team 17 poszło za ciosem wydając drugą część Worms`ów, lecz to chyba Armageddon zyskały miano najbardziej udanej i popularnej. World Party z roku 2001 również nie było złe, lecz już nie tak hucznie przyjęte. Dla wielu historia sympatycznych robali mogła się zakończyć na tym etapie, wliczając w to w szczególności najbardziej zagorzałych fanów serii, albowiem dalsze jej losy nie potoczyły się tak jak to sobie wyobrażali.
Kolejnym Worms`om umknął ten znany, niepowtarzalny urok. Zagubiono go gdzieś podczas przenosin tytułu w trzeci wymiar. Jak się pewnie wszyscy orientują mamy rok 2010, musiała zatem minąć niemal dekada by Team 17 uraczyło nas – całkiem zresztą niespodziewanie - odświeżoną odsłoną starych, dobrych robaków, zaserwowanych w odschool`owym stylu… No właśnie, w ten sposób dobrnęliśmy do nieuchronnego pytania - czy nadal tak samo dobrych ?

Pierwsza zmiana na lepsze jaką zauważymy już kilka sekund po uruchomieniu gry to możliwość stworzenia kilku profili. Rzecz przydatna, gdy któryś z domowników miałby ochotę na chwilę przyjemnej eksterminacji bez ryzyka zepsucia komuś statystyk. Menu wykonane jest bez zbędnych fajerwerków, jest proste i przejrzyste. Nawigacja po nim nie sprawia kłopotu. Tworzymy swoją unikalną drużynę, nadając imiona swoim podopiecznym oraz ubierając ich w gustowne czapeczki. A jest w czym wybierać, od czapki policjanta, przez kask futbolisty czy głowę konia, aż po maski predatora. Prócz tego, decydujemy standardowo w jakim stylu robaki mają się odzywać. Usłyszymy głosy znane z poprzednich części jak i zupełnie nowe. W sumie mamy ich 70, w tym około 20 nowych. Mnie osobiście przypadł do gustu prześmiewczy „Movie Trailer”.
Przed premierą Team 17 obiecywało wiele nowych cech nadanych grze. Jedna z najważniejszych chyba innowacji to nowe tryby gry. Tryb pojedynczego gracza prócz standardowej kampanii zawiera 2 odmienne style rozgrywki. Na pierwszy ogień postanowiłem wziąć kampanię. Mamy tutaj znane z poprzedniczek misje polegające na zwalczeniu drugiej drużyny przeplatane z różnego rodzaju wyzwaniami. Musimy pokazać umiejętności w posługiwaniu się liną, dolecieć w określone na mapie miejsce za pomocą jetpacka, czy przejść tor przeszkód. Wśród tychże zadań napotkamy również i mniejsze – próbowające udawać łamigłówki. Wszak mamy wtedy do wyboru powiedzmy dwie opcje, użyć tego lub tamtego i po prostu patrzeć co się stanie.

Szczerze mówiąc miałem mieszane uczucia po rozpoczęciu zabawy. Głównie ze względu na sztuczną inteligencję oponentów, która lekko mówiąc nie spełniła moich oczekiwań. Komputer po prostu zachowuje się czasem wręcz idiotycznie, podejmuje nieuzasadnione akcje oraz krzywdzi sam siebie. Doznałem w tym momencie wrażenia amerykanizacji gry, a pozytywnym zjawiskiem nie można jej nazwać. Na szczęście nie jest to tak nagminne by przesądziło w ogólnym rozrachunku tytułu.
Wystarczyło jednak wybrać tryb Warzone by kompletnie zmienić zdanie. SI posiadając niemal stu procentową celność, wyczynia cuda z bazooką czy też granatami. Podchodząc za pierwszym razem lekceważąco, mając w pamięci poziom trudności z kampanii, zostałem nieco utemperowany. Innym trybem jest Body Count. To nic innego jak zwykły survival, gdzie dostając pod kontrolę kilka robaczków bronimy się przed kolejnymi falami przeciwnika. Niestety nie porwał mnie na długo. Za ukończenie kolejnych wyzwań dostajemy punkty, które możemy wymienić na nowe kampanie, nakrycia głowy, forty, ale i bronie specjalne, takie jak spektakularna bomba bananowa czy super owca.
Na dobrą sprawę, singiel w Worms`ach to tak naprawdę trening przed esencją serii, czyli zmaganiami wielu graczy. Do dyspozycji mamy zarówno tryb sieciowy jak i lokalny. Tak jak w singlu, tak i tutaj rozgrywka polega nie tylko na eliminacji przeciwników, bo weźmiemy dajmy na to udział w wyścigach. Nie, nie będziemy puszczać owieczek i patrzeć która dobiegnie do celu. Za pomocą wszelakich środków będziemy za to starali się dotrzeć do określonej na mapie pozycji w czasie krótszym niż przeciwnik. Warto wspomnieć, że nasze rekordy i inne wyczyny są rejestrowane online. Mamy dostęp do listy najlepszych zawodników oraz ich statystyki. Taki zabieg napędza rozgrywkę bardziej zapalonym graczom, rządnym ujrzenia swojego nicka na szczycie rankingu.
Co tak naprawdę jest najważniejsze w tej grze ? Zabaweczki naszych robali ! Tych trochę przybyło. Będziemy mogli naznaczyć dowolnego robaka, by ten zbierał zwiększone obrażenia. Poślemy z nieba nalot trujących, zielonych oparów, czy też uwolnimy rozjuszone stado byków. Oczywiście stare narzędzia zagłady są na swoim miejscu… no może nie do końca, bo zmieniono całkiem menu wyboru broni. Tak jak chwaliłem menu główne i pokrewne, tak to wywoływane prawym przyciskiem myszy podczas rywalizacji nie jest już takie intuicyjne jak kiedyś.

Grafika jaka jest, każdy widzi. Tutaj twórcom udało się zachować część starego klimatu, na pierwszy rzut oka widać z czym mamy do czynienia. Klasyczne 2D w wysokiej rozdzielczości nie ma prawa się nie spodobać, gra wygląda bardzo ładnie. Ślicznie falująca woda, dym z płomieni poddający się prawom fizyki (a konkretnie wiatru). Podobnie zresztą jest ze ścieżką audio, trzyma poziom i może śmiało stawać na równi - bez kompleksów - ze starszymi robakami. Co prawda, część jest po prostu skopiowana, lecz nie ma się do czego przyczepić. No chyba, że ktoś ma wielki sentyment do dźwięków wydawanych przez latającą owcę.
Póki co, czytacie niemal same superlatywy, lecz pora trochę pomarudzić – nie takie Worms`y różowe jak się wydaje. A to co wydaje się nie do końca udane, ciężko wyrazić słowami. Jak się pewnie już niektórzy domyślili, chodzi o stary klimat. Tego nie udało się niestety zachować w pełni, ale bądźmy realistami – jest to niezwykle trudne do osiągnięcia. Wieść o nowych Worms`ach wywołała wielki entuzjazm. Jednak radość z gry jest już nieco mniejsza niż kiedyś. To nadal znane i lubiane Worms`y, ale może wiek już nie ten ?
Jest jeszcze jedna rzecz godna poświęcenia kilku słów. Pierwsze rozegrane rundy obnażyły swoistą sztywność, która wdarła się do gry. To znów jedynie subiektywne odczucie, ale nie da się ukryć, że robaki poruszają się inaczej, nie latają już tak wysoko i daleko pod wpływem wybuchów. Zmieniono również całkowicie charakterystykę granatów, teraz są ociężałe i mało elastyczne. Ot takie niby szczegóły, powiecie, że się czepiam… Być może, ale cierpi na tym widowiskowość tytułu, a o to tu między innymi chodzi.
Ku mojej uciesze, nie natknąłem się na żadne poważniejsze bugi utrudniające czy uniemożliwiające rozgrywkę . Jedyne co zapadło mi w pamięć i lekko poirytowało, to sytuacja podczas pojedynku z komputerem, gdzie oddanie dwóch strzałów z shotguna, nie zakończyło tury. Poza tym, nie wiem czym jest to spowodowane i z tego co się orientuję nie występuje u każdego, ale w moim przypadku pojawił się problem problem z myszą, która po prostu gubi się przy bardziej zamaszystych ruchach w grze… A wcale energicznie machać nie trzeba, widocznie robaki gryzą się z moim sprzętem.

Worms Reloaded rozpowszechniane jest wyłącznie drogą elektroniczną, za pomocą dobrze znanego systemu Steam, więc kolekcjonerzy pudełek będą zawiedzeni. Czeka na nas zatem 1,5gb danych do pobrania, a to niewiele jak na dzisiejsze standardy.
Przed nami jeszcze jedna, bardzo ważna kwestia. Cena nowych Worms`ów wynosi 15€ czyli ok. 60zł. Jak na markę znaną i powszechnie lubianą to niewiele biorąc pod uwagę ceny innych nowych gier. Jednakże tytuł ten jest w zasadzie wyłącznie odświeżony i okraszony dodatkami. Zatem czy Reloaded jest warte swojej ceny ? Jeśli masz problem z niedomykającym się portfelem i grono przyjaciół chętnych do gry – z czystym sumieniem rekomenduję i usprawiedliwiam ten wydatek. Natomiast jeżeli nie jesteś pewien czy „starczy do pierwszego” – odłóż z pokorą zaskórniaki i poczekaj na przecenę, która zapewne niebawem pojawi się na Steam.