
Zgrzyt metalu. Tajemnicze dźwięki dochodzące z szybów wentylacyjnych. Słyszysz tylko swój oddech, widzisz tylko mrugające światło na końcu korytarza. Idziesz dalej – nie ma drogi odwrotu, drzwi za tobą są zamknięte, a doskonale wiesz, że to, co się za nimi znajduje, mogłoby ci się nie spodobać. Przekraczasz próg kolejnego pokoju. W zbryzganym krwią, pogrążonym w półmroku pomieszczeniu, dostrzegasz pod ścianą rozszarpane zwłoki, a nad nimi nabazgrane słowa: „Celujcie w kończyny.”

Dead on arrival
Jeżeli przed dwoma-trzema laty zapytać przeciętnego gracza, która firma najbardziej kojarzy mu się z odcinaniem kuponów i produkowaniem masowych gniotów, najczęściej powtarzającą się odpowiedzią byłoby niewątpliwie „Electronic Arts”. Tymczasem Elektronicy, w końcu zdawszy sobie sprawę z bezcelowości kontynuowania dotychczasowej polityki wydawniczej, postanowili zainwestować w kilka świeżych, obiecujących marek. Jedną z nich był Dead Space.
Gra rozpoczyna się, gdy wraz z ekipą ratunkową docieramy do olbrzymiego planetołamacza USG Ishimura. Pierwotnym celem jest ustalenie, czemu urwał się wszelki kontakt z Ishimurą oraz pobliską kolonią górniczą, jednak gdy nasz statek zostaje uszkodzony przy lądowaniu, a Ishimura okazuje się być przepełniona powstałymi z martwych ciał mutantami, zwanymi dalej necromorphami, nasze priorytety się nieco zmieniają i jako inżynier, Isaac Clarke, musimy zrobić wszystko, by przetrwać – i przy okazji odnaleźć naszą ukochaną, która należała do załogi planetołamacza.
Choć fabuła pozornie wydaje się cuchnąć sztampą, wrażenie to jest jak najbardziej mylne. Uniwersum Dead Space’a jest spójne, oryginalne i intrygujące. Chociaż na Ishimurze jesteśmy w zasadzie osamotnieni, dzięki dużej ilości logów pozostawionych przez załogę, czujemy, że stanowimy część większego świata, a historia Isaaca wciąga i nie pozbawiona jest dynamicznych zwrotów akcji, momentów smutnych i tych dających do myślenia; Efekt potęguje mroczny klimat, i chociaż gra jest typowym survival horrorem tylko przez pierwsze dwa poziomy (później łatwo przywyknąć do stałego napięcia), atmosfera pozostaje gęsta aż do końca i możecie być pewni, że w momencie, w którym wszystko wydaje się być jasne i klarowne, za chwilę wydarzy się coś niepokojącego…

Go for the limbs.
Dead Space jest tradycyjnym shooterem zaprezentowanym z perspektywy trzeciej osoby – a w każdym razie taki sprawia pozór, ponieważ autorzy wprowadzili do rozgrywki niemało innowacji. Zacznijmy od HUDa – zrezygnowano z tradycyjnych oznaczeń w rogach ekranu, zastępując je… Kombinezonem Isaaca. Poziom zdrowia prezentowany jest na podłużnym pasku ciągnącym się wzdłuż kręgosłupa bohatera, podczas gdy ilość amunicji w magazynku widoczna jest na wyświetlaczu wbudowanym w każdą broń. Ekwipunek, kierunkowskaz, mapa i informacje o przychodzących wiadomościach są natomiast hologramami wyświetlanymi przez nasz inżynierski kombinezon. Warto przy tym wspomnieć, że praktycznie zrezygnowano z wszelkiego rodzaju cut-scenek, oddając graczowi swobodę ruchu kamerą nawet podczas najważniejszych momentów fabuły. Efekt? W Dead Space dużo łatwiej utożsamić się z bohaterem i wczuć w klimat gry, niż w niejednym FPS’ie.

Standardowo we wszelkiego rodzaju strzelankach chodzi o jak najszybsze pociąganie za spust – tak się jednak składa, że po prostu strzelając na oślep, Isaac wiele by nie zdziałał. Necromorphy to twarde bestie i jedynym sposobem na ich unieszkodliwienie jest metodyczne odcinanie ich kończyn. Posłużą ku temu przede wszystkim różnego rodzaju odnalezione po drodze narzędzia – piły plazmowe, tarczowe i lasery, choć nie zabraknie i wojskowego karabinu pulsacyjnego i miotacza ognia. Każda broń posiada dwa tryby prowadzenia ognia i każdy z nich niejednokrotnie się przydaje w walce ze zmutowanymi przeciwnikami. Necromorphy przybierają różne postacie – najbardziej pospolite to tzw. Slashery, atakujące ostro zakończonymi kończynami, jednak odmian jest naprawdę dużo – niektóre są horrendalnie szybkie, inne atakują na odległość, inne dopadają cię całą chmarą – warto mieć się więc non-stop na baczności.
Przemierzanie ponurych korytarzy Ishimury i starcia z nieumarłymi przyjemniaczkami mogłyby stać się nużące, gdyby nie kilka usprawnień zaproponowanych przez autorów. Pierwszym jest „staza” – moduł w naszym kombinezonie umożliwiający spowalnianie poszczególnych obiektów. Przydaje się zarówno do odpierania przeważających sił wroga, jak i rozwiązywania różnego rodzaju zagadek. Kolejnym usprawnieniem jest „kineza” – z Isaaca oczywiście żaden Jedi, jednak dzięki temu modułowi bez problemu przyciągnie do siebie pomniejsze przedmioty, a niektóre z nich, jak wybuchowe butle z gazem, mogą się okazać niezbędne do przeżycia. Ostatnią ciekawą innowacją jest wprowadzenie elementów poziomów, gdzie wyłączona jest grawitacja – w takim przypadku Isaac włącza swoje magnetyczne buty i zaczyna śmigać po ścianach i sufitach, od czasu do czasu wykonując między nimi niemałe susy. Zerowa grawitacja pojawia się również, gdy zmuszeni jesteśmy przespacerować się po zewnętrznej stronie Ishimury – wtedy oczywiście, wśród gwiazd, włącza się też licznik tlenu pozostałego nam do oddychania, a wszystkie dźwięki poza oddechem Isaaca wyłączają się – w kosmosie nikt nie usłyszy, jak krzyczysz.

Make us whole again
Poziom grafiki w Dead Space można śmiało określić jako przyzwoity; Niektóre tekstury mogą wyglądać dziwnie, a modele co niektórych necromorphów zdawać się komiczne, rekompensuje to jednak oszałamiająca ilość detali na kombinezonie Isaaca – choć w gruncie rzeczy jest inżynierem po czterdziestce, patrzy się na niego bardzo przyjemnie. Poziom audio ani trochę nie ustępuje grafice, powiem więcej, nawet ją przebija – wrzaski necromorphów, sympatyczny voice-acting, oddech Isaaca, trzaski, skrobanie, eksplozje – wszystko brzmi tak, jak powinno i jest nieodzowną częścią składową niezwykłego klimatu Dead Space.

Do wad trzeba przede wszystkim zaliczyć raczej monotonne poziomy. Choć z jednej strony jest zrozumiałe, że na górniczym statku nie znajdziemy dżungli, centrum handlowego i viproomu z szampanem i panienkami, wiele z lokacji jakie odwiedzimy jest bliźniacz o podobna. Problemem jest też to, że po pierwszych dwóch levelach gracz przywyka do napięcia i jest w stanie bez problemu odgadnąć wiele zagrywek twórców, na czym gra traci wiele jako survival-horror. Irytuje trochę milczący Isaac – mamy XXI wiek i można by spodziewać się, że bohaterowie gier w końcu zaczną mówić, inżynier Claarke milczy jednak jak grób. Sprawa jest o tyle dziwna, że w dzienniku misji odnajdziemy jego osobiste komentarze, sugerujące, że jednak ma on jakąś tożsamość – sprawia to niestety, że postać protagonisty jest nieco niespójna.
There is no help coming..
Dead Space to gra z wszech stron intrygująca – niesztampowa, bazująca na motywach Event Horizon, Alien, czy Solaris, będąca częścią nowego, szybko rozrastającego się uniwersum. Wciągająca fabuła i gameplay czynią z dzieła dawnego EA Redwood Shores (obecnie Visceral Games) jeden z najoryginalniejszych tytułów roku 2008. Choć nie każdemu historia Isaaca Clarke’a „podejdzie”, warto dać tej grze szansę, gdyż w morzu robionych na jedno kopyto przeciętniaków, Dead Space jest prawdziwym unikatem.
