Kolejny artykuł z serii 'Z plaskacza' i kolejna dawka...właściwie czego? Pozostawiam Wam dowolną interpretację materiału tutaj zawartego. W takim razie, potraktujmy nasze newsy z plaskacza!
Demo Modern Warfare 2 już dostępne
I w tym momencie następuje głęboka konsternacja. Już? Szczęka podniesiona z podłogi? Mam nadzieję, że każdy ma wszystko całe. No dobrze, to teraz się zastanówmy, co skłoniło Infinity Ward i Activision do wydania dema – jeszcze – najświeższej części Call of Duty? Po 9 miesiącach od premiery pełnej wersji?
Wiem! Ktoś zdał sobie sprawę, że produkt był niedopracowany, dlatego społeczność graczy uraczono wersją demonstracyjną w celu wytknięcia palcem wszystkich błędów. E, nie, no przecież mamy produkt finalny od wielu miesięcy na rynku. A może, po nieoficjalnym rozpadzie Infinity Ward, Activision zlecił im stworzenie okrojonej wersji Modern Warfare 2, aby się chłopaki nie nudzili i nie wmawiali sobie jacy to oni są beznadziejni po odejściu tylu wspaniałych ludzi. To już bardziej prawdopodobne.

Chociaż, może wydawca chce zachęcić do wypróbowania dema i tym samym zasugerować zakup pełnej wersji? To miałoby sens. Wszak wiadomym jest, że Blizzard rzucił rękawiczkę swoim kolegom z korporacji wypowiedzią, jakoby StarCraft 2 miałby (a raczej dosadnie: ma!) przebić, niczym młot pneumatyczny, ilość sprzedanych kopii Modern Warfare 2. Activision narobiło w spodnie i postanowiło wypuścić dopracowane demo, właściwie pozbawione błędów. Tym samym zachęcić do zakupu oryginału i podreperować swoje miliony sprzedanych pudełek. A prywatnie zarywając nocki rozmyślając, czy rzeczywiście dostaną po dupie.
Pisząc na poważnie, ostatnia teza jest wielce prawdopodobna. Zawartość dema jest dobrze znana. Była prezentowana na wszelakich pokazach, więc w sumie ktoś poszedł na łatwiznę. Pokrojenie gotowego produktu jest łatwiejsze niż wersji alfa, wczesnej bety czy nawet preview. Wypuszczenie demówki pozbawionej błędów ma miejsce właściwie tylko po premierze finalnej wersji, zakładając, że została ona stworzona po tejże premierze.. I jest to znakomita reklama, bo jak ma to miejsce w większości dem, gracz zmaga się z różnego rodzaju niedociągnięciami.
Nie zawsze można sobie odpowiedzieć na pytanie, czy warto wyjąć portfel i czy po wydaniu swoich milionów twórcy nie uraczą nas rzeczywistym kawałem, że nie chciało im się naprawić tego, co powinni. Nie ma większego znaczenia czy wydanie okrojonej wersji ma miejsce po premierze wersji ostatecznej – hype wprawdzie nie kończy się w pierwszym miesiącu wydania danego tytułu. Nawet po tych dziewięciu miesiącach może znaleźć się osoba, która z ignorancją olewa recenzje i opinie. Kto wie, być może właśnie czeka na swojego królewicza, którym jest demonstracja?
Ale, ale. Dla mnie przesłanie jest jasne. Wszyscy zadarli rękawy i stanęli w szranki. Activision oraz Infinity Ward troszkę nie fair wysunęli swoją zagrywkę, ale czy w tej branży, ostatnimi czasy, wszystko jest na równych i uczciwych zasadach? Stanowczo nie. A może macie jakieś własne teorie spiskowe?
Nowe pozwy przeciwko Activision
Konflikt znany, było o nim dosyć głośno. Ostatnimi czasy przycichł, ale jak widać na nowo rozgorzał. Od początku wielu ludzi - w tym ważne osobistości branży i między innymi moja skromna osoba – obstawało twardo za pracownikami Infinity Ward. I właściwie większość, wspierała ich w ciemno. Doszukiwaliście się dlaczego tak naprawdę zwolniono dwóch głównych szefów i co było główną przyczyną późniejszych odejść reszty kadry? Przypuszczam, że nie.
Bungie do znudzenia tworzyło kolejne części Halo, aby w końcu dostać tą upragnioną możliwość dostania od Microsoftu upragnionych kluczyków do kajdanek, do których obydwie firmy były wzajemnie podpięte. Więcej niż pewne Infinity Ward podpisało podobną umowę z Activision. Na spotkaniu Vince'a Zampelli i Jasona Westa z przedstawicielami Electronic Arts, ci pierwsi żalili się tym drugim, jak to oni są już znudzeni tworzeniem wojennych strzelanin i ogólnie monotematycznością. Pragną stworzyć nowy projekt, być może także strzelankę, ale taką, gdzie USA nie bije się z Rosją, Chiny z Europą, a Japonia z Koreą Północną. Nie, Wietnam też nie wchodził w rachubę. EA przyznało się do błędu sprzed lat i być może zaproponowało współpracę?

Jason West i Vince Zampella
Jakby nie patrzeć, umowa to umowa. Activision się za bardzo wzburzył i zrobił tak, jak zrobić nie powinien. Reszta pracowników uniosła się honorem i na nic nie bacząc wystosowała wymówienia. Jasne, nie wszyscy, ale te kilkanaście osób, to jednak pokaźna grupka. Oficjalne źródła donoszą, że część z nich doszła do nowo założonej firmy Respawn Entertainment, ale dlaczego nie wszyscy? Nieważne. Prawdopodobnie niektórzy zdali sobie sprawę, że zostali bez pracy, a status bezrobotnego do miłych nie należy. Więc wpadli na pomysł, żeby wystosować ładnie wyglądające pismo, w którego treść zwyczajnie nie chce mi się wierzyć. Co lepsze, dlaczego po tak długim czasie?
Jakoś żadna firma podlegająca pod Activision nigdy nikomu się nie skarżyła. A może wszyscy byli zastraszani? Nie, ta teoria spiskowa jest raczej mało prawdopodobna. Tak samo mało prawdopodobne jest, że byli pracownicy Infinity Ward byli skubani z pensji, a ochroniarze pilnowali każdego z osobna jak małego dziecka w łóżeczku. Jeżeli rzeczywiście jest to prawdą (głupieję chyba), to dlaczego nikt wcześniej nie zaalarmował i nie wystosował odpowiedniego pisemka do sądu pracy? No pytam się, dlaczego? Bo jest to zwyczajnym kłamstwem i kompletną abstrakcją. Co ważniejsze, wtedy nikt nie miałby na to odwagi. Najwidoczniej niektórzy nawzajem się wspierając, wmówili sobie, że są chytrzejszy od adwokatów Activision. Po co robić takie idiotyczne zamieszanie i podburzać świeżo wytarty kurz? Ktoś za to nieźle kichnie. Wiecie kto?
Call of Duty: Black Ops - wielka inwestycja w premierę
„Zapowiedziano, że najnowsza część Call of Duty będzie miała największy budżet przeznaczony na promocję oraz imprezy premierowe w historii Activision. Bobby Kotick stwierdził, że jest to ich największa inwestycja w start gry, która ma na celu przyciągnąć rzesze potencjalnych klientów.”
Zrobiło się gorąco. Powątpiewam w dobry rezultat strategii Bobka Kotika. Facet co prawda ma łeb na karku, ale dobra reklama wcale nie musi wpłynąć na korzyść, czyli większy zysk. Wiadomo, marketing i reklama jest niczym hipnotyzująca terapia u psychiatry. Z tą różnicą, że psychiatra jest od tego by pomagać.
Wielu specjalistów uważa, że jak człowiek widzi ładnie wyglądające pudełko wypełnione jogurtem, to nie zwraca uwagi na zawartość, tylko w ślepo kupuje bez względu na inne aspekty produktu. Gracze wchodząc do sklepu nie kupują tego, co ładnie mogłoby się prezentować na półeczce w domu. Nie zwracają uwagi na reklamy i marketingowy bełkot. Oczywiście nie wszyscy, ale co rozsądniejszy, a wydaje mi się, że takich osób jest stanowczo więcej. W takim razie do kogo miałaby ta horrendalna kampania reklamowa przemawiać?

Bobby Kotick, pieszczotliwie nazywany Bobkiem
Niech się zastanowię. Do "każuali"? Na to wychodzi, ponieważ takie osoby podchodzą raczej spontanicznie do rozrywki z którą mają styczność kilka godzin tygodniowo. Ładna reklama? No to sobie spontanicznie kupimy i spontanicznie pogramy. Jeśli mówią, że jest dobre, to najwyraźniej takie jest. I tak będziemy zadowoleni. Nawet jeżeli podświadomie nie jesteśmy. Sporo tej spontaniczności. Czy ktoś powiedział, że bycie "każualem" sprowadza się do grania tylko i wyłącznie na konsoli Wii, bądź jak to woli, granie w kolorowe po pierdółki, które w rzeczywistości są hardcorowymi grami? Ale o tym może kiedy indziej.
Ale czy ta cała kampania reklamowa opłaca się, biorąc pod uwagę, że tak na prawdę grupy docelowej jest znacznie więcej, niż chociażby tej wymienionej powyżej? Jeżeli gracz chce kupić dany tytuł, to jest na ten manewr nastawiony z mniejszym bądź większym wyprzedzeniem. I nie chce mi się wierzyć, że reklama ma na to jakikolwiek wpływ. Bardzo możliwe, że ta cała kampania, która jest szykowana, a raczej grube pieniądze na nią włożone, pójdą może nie tyle w błoto, co w głęboką studnię bez większego echa. Pamiętajcie, nie dajcie się zmylić.