Kolejny artykuł pozostaje w temacie dojnych krów, którymi robią z nas producenci i wydawcy gier. Ostatnie pogłoski o pobieraniu opłat za korzystanie z wersji demonstracyjnych wywołały spore oburzenie w growym światku. I słusznie, bowiem coraz to głębiej zagląda się do naszych portfeli. My mówimy temu stanowcze NIE!
Wersje demonstracyjne towarzyszą nam od wczesnych lat 90. Pamięta ktoś z Was, lub w ogóle miał styczność z demem zapisanym na kartidżu? Osobiście nie miałem takiej możliwości. Koszt produkcji był dość spory, co wpływało z kolei na ich ilość i dostępność na rynku. Kasety magnetofonowe miały znacznie łatwiej, potem były dyskietki, płyty CD i DVD. Jeszcze później objawiła się moc Internetu, rozpoczęła się era prawdziwego zatrzęsienia wersji demonstracyjnych do niemalże każdej produkcji.
Miało to swoje dwa wielkie plusy. Pierwszy był taki, że w ówczesnych czasach gry były naprawdę drogie. Demo z kolei dawało możliwość nieograniczonego grania w te – przykładowo – kilka poziomów, wypróbowania czterech rodzajów broni czy umiejętności, poznania kawałka historii, świata, postaci, itd. Marna rozrywka? Patrząc z dzisiejszego punktu widzenia marna, ale była ona na swoje czasy czymś, czym dla naszych rodziców był berek, chowany, gra w kamienie czy państwa i miasta.

Kasa, dzisiaj tylko ona się liczy.
Drugim wielkim plusem było rozbudowanie dema samego w sobie. To nie było kilkanaście minut ograniczającego nas czasu, czy szczątka kodu z którego można było wynieść tyle, co nic. To była możliwość, dzięki której podejmowaliśmy decyzję, czy pełna wersja jest warta naszych pieniędzy, czy też nie. Decyzję, którą można było w pełni poprzeć uzasadniającymi faktami, a nie obietnicami i kolorowaniem oczu przez twórców. Ach, bym zapomniał. Jest jeszcze trzeci plus – były darmowe.
Czyżby czas darmowych wersji demonstracyjnych zmierzał ku schyłkowi? „Myślę, że w przyszłości coraz więcej gier nie będzie miało dem, głównie dlatego, że staje się to coraz kosztowniejsze” - Cevat Yerli, współzałożyciel studia Crytek. Jego wypowiedź była poprzedzona plotkami ze stajni Electronic Arts, którzy to ludzie pracujący w niej twierdzą, że testowanie produktu (płatne demo) miałoby kosztować 10-15$. Irytacji ciąg dalszy – Yerli uważa, że darmowe testowanie jest czymś luksusowym, a tym samym rozpieszczeniem dla graczy, którzy się do takowej wygody przyzwyczaili.
Biorąc pod uwagę potencjalne zwiększenie sprzedanych kopii dzięki dema i możliwość uzupełnienia strat finansowych poświęconych na wyprodukowanie tejże próbki, daje w konsekwencji możliwość uciułania znacznie większego zysku. Dodajmy także kwestie sugerowania przez społeczność graczy co można by poprawić, co wypadałoby zmienić, a czego raczej się pozbyć przed wypuszczeniem finalnego produktu. Mamy odpłatnie sugerować zmiany i poprawki?
Równie dobrze można rzec, że wersje demonstracyjne są rozpieszczeniem dla producentów, uwzględniając wcześniejsze zdania. Tworzenie dema jest coraz kosztowniejsze? No jeżeli produkcja wynosi kilkanaście milionów złotych, to nie dziwne, że i wersja testowa wymaga większych kosztów niż na przykład do takich 102 Dalmatyńczyków. W każdym bądź razie argumentacja nie trzyma się grawitacji, a jedyne co można z niej wyczytać, to żądza pieniądza i odwracanie kota ogonem.
Wyobraźcie sobie sytuację, że przez cztery dni chodziliście do marketu, a na wejściu zawsze witała Was hostessa z próbką nowego produktu X firmy. Z chęcią kosztowaliście specyfików, które raz na jakiś czas wpływały na Waszą pozytywną opinię i chęć zakupu danej rzeczy. Dnia piątego zauważacie, że ta sama hostessa oferująca wcześniej darmowe próbki, tym razem wciska Wam płatną za Y ceny. Nie dość, że jesteście – przykładowo – niezainteresowani i odmawiacie, to w dodatku pozbawiacie producenta Waszej cennej opinii na temat jego wytworu, a co najważniejsze Waszych pieniędzy.

Nie kupuj kota w worku.
Jeżeli przykładowy towar jest naprawdę dobry, a jego pokazowa edycja przyciąga oraz odpowiada na nasze pytanie kupić czy nie, to koszt jej produkcji w końcowym efekcie się zwraca. To jest lepsze niż reklama, bo samodzielnie można czegoś skosztować czy dotknąć, a nie tylko obejrzeć irytującą prezentację w telewizji czy plakat na mieście i najczęściej olać wszystko komisyjnie.
Z pewnością wiele osób nie lubi kupować w ciemno. Niby zawsze znajdą się jakieś opinie w Internecie, czasopismach czy to innych zwyczajnych konsumentów bądź też specjalistów, ale mimo wszystko wiele osób wcześniej i tak woli ograć wersje testową, aby w pełni wyrobić sobie zdanie. Gry to nie guma do żucia, która kosztuje 30 groszy, a reklamacja nie uwzględnia naszego niezadowolenia z jej smaku. W sklepie nikt nam nie pozwoli włożyć nośnika do konsoli czy komputera i przetestować w ciągu kilkunastu minut dany tytuł.
W takim razie, jaka może być konsekwencja wprowadzenia opłat za wersje demonstracyjne? To zależy. Przypuszczam, że na początku nie wszyscy rzucą się w wir zapomnienia i dodatkowej możliwości zarobienia nieuczciwej kasy. Myślę, że ludzie zarówno jak w przypadku DLC podzielą się na zwolenników i przeciwników. O ile bycie racjonalnym zwolennikiem w kwestii wspomnianego DLC w pełni rozumiem, o tyle nie będę w stanie zrozumieć w przypadku potencjalnych płatnych wersji demonstracyjnych.

Z punktu widzenia klienta...
Jeżeli kupienie wersji testowej może być następstwem dokupienia pełnego produktu po niższej cenie, to taki układ może być sprawiedliwy. Po prostu od pełnej ceny, odejmują nam koszt zakupu demo. Z kolei biorąc pod uwagę inną wersję w której jakaś gra mi się nie spodobała, to zostaję te kilka-kilkanaście złotych w tyle. Jest jeszcze inna możliwość, którą jest nielegalne ściągnięcie płatnej wersji demonstracyjnej. I kolejne płacze w kierunku posiadaczy PC i Xklocków, że to źli ludzie są, że okradają twórców i przerabiają swoje konsole, aby mogli pograć w swoje piraty.
Ściąganie byłoby następstwem strat finansowych - koszty produkcji praktycznie by się nie zwracały. I robi nam się błędne koło. Można by polemizować, ale uważam, że w konsekwencji pewnego poranka obudziliby się z ręką w nocniku i zaczęli żałować dnia, w którym wprowadzili opłaty za testowanie ich produktów. Na chwilę obecną piszę w czasie przyszłym, ale kto wie, być może niedługo przyjdzie mi to napisać w czasie teraźniejszym?
Gdyby ktoś miałby wprowadzić te chore opłaty, to kto byłby pierwszym? Kto miałby na tyle duże jaja, by zaryzykować stąpanie po gruncie teoretycznie nie do przejścia? Osobiście z dwojga złego wolałbym chyba kompletne zrezygnowanie z demówek. Byłoby to dla mnie znacznie mniejszym upokorzeniem. Protesty w przypadku DLC były kompletnie bez sensu na tle procentowej sprzedaży Wszystko jednak zależy nie od jednostki, którą jestem chociażby ja, lecz od wszystkich graczy na całym świecie. DLC udało się zadomowić.

Z punktu widzenia developera...
Czy płatne testówki też zostaną zaaprobowane? Na koniec mogę tylko dodać, że jeżeli tak się stanie, to obwiniać możemy w pierwszej kolejności siebie, bo to my się na taki układ zgodziliśmy kupując je i każde kolejne. Wtedy nie będzie jednostek. Mieć swoje zdanie to jedno, a odpowiedzialność zbiorowa to drugie.